piątek, 4 października 2013

Granatowa kuchnia, ciąg dalszy...



... nastąpił. Zaparłam się i skończyłam dzieło z resztek. Wprawdzie dodałam jeszcze parę kawałków tkaniny i aplikacje, ale skończyłam :)  Tak to już mam, że robię plan, a potem zaczynam i w trakcie pracy przychodzą następne pomysły, które jeśli tylko się da, natychmiast wcielam w życie. Pocieszę was, że mam jeszcze kilka  różnych resztek tkanin, pozostałych z nowego wcielenia mojej kuchni i nie zamierzam pozostawić ani skraweczka  nie wykorzystanego. Jak zobaczycie niżej powstał fartuszek kuchenny. Pasek na szyję jest regulowany dwoma kółeczkami. Pasek do zawiązywania jest szeroki i długi, żeby można było go zawiązać w kokardę. Przy szerokich paskach nie ma problemu z zaciśniętym na supeł wiązaniu. Nawet jeśli by się tak stało, to można go łatwo samej rozwiązać. Zrezygnowałam z kieszonki, ponieważ nigdy z niej korzystam. Za to dodałam aplikacje co by za smutny ten mój strój kuchenny nie wyszedł.
   Dziś u mnie nad ranem było -2 no i zmarzły już moje dalie i inne ciepłolubne :(  Trzeba będzie się wziąć za wykopywanie. Tak mi jakoś to lato szybko przeleciało. Było i ni ma... ale  p r z e c i e ż    t o   o z  n a  c z a ,  ż e   c o r a z    b l i ż e j    Ś W I Ę T A ! ! !   Po tym dzisiejszym mrozku dopiero do mnie to dotarło. Ludzie jak ja się cieszę. Znowu będę się zaharowywała w pocie czoła przy sprzątaniu kątów do których i tak nikt nie zajrzy. Umyję okna przy - 20 i rozłożę się na anginę, ale to mi wcale nie przeszkodzi przygotować 12 potraw i upiec co najmniej 7 ciast. Ubiorę 4 choinki w tym dwie dwumetrowe, zawieszę ze trzy girlandy i rozciągnę ze sto metrów różnych światełek (tych światełek może być więcej, w końcu nigdy ich nie zmierzyłam i nie zsumowałam). W międzyczasie oczywiście jeszcze coś wyhaftuję i wyszydełkuję świątecznego i wtedy przyjdą  Ś W I Ę T A. Dwa dni przelecą jak z bicza trzasł i będzie po wszystkim. Zacznę sobie zadawać pytania i po co tyle tego wszystkiego? Potem przyjdą obiecanki cacanki, że na następny rok będzie inaczej, mniej, szybciej... Może myślicie, że można z tego wysnuć wniosek, że jestem przeciwna takim przygotowaniom? A właśnie, że nie :) Tylko nie wolno oczekiwać, że w święta za te nasze wszystkie wysiłki spłynie jakaś cudna nagroda, jest duża szansa, że tak się nie stanie. Wystarczy zrobić małą sztuczkę - znaleźć radość, przyjemność i nagrodę w tych przygotowaniach :) Ten kto lubi pucować, niech pucuje do upadłego. Kto lubi gotować, niech tworzy w kuchni arcydzieła. Jeśli coś lubimy robić to warto się przy tym zmęczyć do granic możliwości, bo wtedy można być szczęśliwym.
  Orzesz, jak ja się rozpisałam. Mam nadzieję, że wybaczycie mi to gadulstwo :)
Na koniec mała sesja zdjęciowa z zamiokulkasem w roli głównej oraz zdjęcie niespodzianka :))) A i jeszcze coś - jutro ciąg dalszy wytworów z resztek.





Oto fartuszek w całej okazałości.

Dołem mała falbanka.

Główna aplikacja...

... i druga (pomysł w trakcie szycia) zamiast kieszonki.


Wydaje mi się, że z tą drugą aplikacją, jest bardziej wykończony.


Zbliżenie drugiej aplikacji.




Zamiokulkas w akcji kwitnięcia uchwycony.

Drugie ujęcie :)

No, dziewczyny powiedzcie z czym się Wam kojarzy?

Popatrzcie uważnie, czy tu są same misie?


17 komentarzy:

  1. Też mam tę roślinę, ale nie wiedziałam, ze tak kwitnie! Fartuszek elegancko wygląda, a z tymi świetami masz rację! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepsze jest to, że on tak dwa razy do roku potrafi. Do 4 kwiatów naraz wypuszcza a jak przekwitnie to wypuszcza liście i tak dokoluśka :) Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Masz wyczucie bo my ją czasami Cudek nazywamy:)

      Usuń
  3. Śliczny fartuszek wyszedł a psina pomiędzy tymi miśkami wyszła świetnie:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, a bałam się przy szyciu czy mi wyjdzie, oj bałam. Co do psinki to może trudno będzie w to uwierzyć ale ona sama się upozowała. Szkoda, że mnie nikt nie widział, jak z okrzykiem na ustach - "Zostań, zostań" - biegłam kurcgalopkiem na drugi koniec domu po aparat. Widok wielce był ucieszny. Jak widać psina wyrozumiała jest dla swojej pańci i poczekała cierpliwie :)))

      Usuń
  4. Fartuszek slodki.
    A psiuni, zupelnie misiowaty:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się spodobał. Jego wygląd ewoluował w trakcie pracy, tak że w końcu sama nie wiedziałam jaki będzie efekt. A co do psiuni to zrobię kiedyś zdjęcie jej łapek od spodu - takie całkiem misiowe są :)))

      Usuń
  5. Fartuszek bardzo ładny. Piesio wpasował się idealnie w misiowe towarzystwo hahaha.
    Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Piesio zwierze stadne jest, to w misiowym towarzystwie pewniej się czuje :-) Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Ale fajny fartuszek! Pluszaczek z tej twojej psiny:-)))
    Pozdrawiam:-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzięki! A propos pluszaczka. Jak nie ma mnie w domu to Lisia siada na parapecie okna i czeka. Kiedyś sąsiadki mi opowiadały, że stały dobry kwadrans na drodze i zastanawiały się, czy na parapecie siedzi żywy pies czy pluszak. Lisia zachowała zimną krew i przetrzymała je, ani drgnęła. Sierść miała wtedy sporo dłuższą co jeszcze bardziej ją upodabniało do pluszaka :) Pozdrawiam serdecznie :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Śliczny fartuszek uszy łaś, a te aplikacje dodają mu uroku! Piesek faktycznie wygląda jak pluszak, jest słodki :)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za dobre słowo:) Najfajniejsze jest, że powstał z resztek. Faktem jest, że nie lubię żeby się coś marnowało :) Pozdrawiam :)))

      Usuń
  9. Śliczny fartuszek, a psinka, no... po prostu bossska!

    OdpowiedzUsuń
  10. Psica moja kochana jest najbardziej bosska na świecie... no dobra ex aequo z Twoją psinką :))))

    OdpowiedzUsuń