niedziela, 2 września 2018

Akwarium czyli wszystko kołem się toczy ;)

 
  Za górami, za lasami ... dawno, dawno temu była sobie Zosieńka. Zosieńka była małą dzieweczką, która bardzo, bardzo mocno chciała mieć...

   A może inaczej niż zwykle?
Może chcielibyście posłuchać a nie poczytać???
Zapraszam i proszę uniżenie o szczere oceny. Jak się podoba dać suba, łapkę w górę i pozytywny komentarz, a jak nie... zbanować, zdołować, skopać. Niech kura domowa siedzi cicho i się nie odzywa :)))
Żarty żartami , ale naprawdę proszę o szczerość i porady... Choć nie obiecuję, że się posłucham. Wszak jestem Zosia Samosia :)))
 https://www.youtube.com/watch?v=Qc5TUKPtbss&t=2s

czwartek, 23 sierpnia 2018

Wspomnień odcinek drugi, w którym Zosieńka poznaje świat

Pierwsze tygodnie mijały Zosieńce na konsumowaniu, trawieniu i wydalaniu. Można by rzec, że jako żywo przypominała  układ trawienny, który w gratisie został wyposażony w donośny sygnał alarmowy. Na szczęście dla Jasi syrena alarmowa była przez Zosieńkę rzadko używana. Wraz z upływającym czasem, Zosieńka potrzebowała coraz mniej snu. Powoli zaczęła odkrywać świat wokół siebie. Twarz mamy, która kojarzyła się ze spokojem, mlekiem i ciepłem. Twarz mężczyzny, którego głos pamiętała z poprzedniego czasu. Mama często na niego wołała - Chodź tatuśku, popatrz na małą. Nachylali się nad nią a  Zosieńka przyglądała się ich uśmiechniętym twarzom, z uwagą słuchając ich głosów. Dni zamieniały się w tygodnie, tygodnie przepływały w miesiące... Czas płynął a Jasia z niepokojem spoglądała na kalendarz. Urlop macierzyński miał się ku końcowi. Jak dotąd całe jej dorosłe życie związane było z pracą zawodową, przed porodem z niechęcią myślała o przerwie w pracy, jaka ją czekała. Teraz na myśl o rozstaniu się na wiele godzin z tą małą istotką, która na dobre rozgościła się w jej życiu, nadając mu nowy rytm i sens, czuła niepokój przechodzący w panikę. Pocieszana przez otoczenie, pewnego dnia zaniosła nieświadomą niczego Zosieńkę do żłobka. Ku niewymownej uldze Jasi, Zosieńka nie płakała przy rozstaniu... tylko oczy otworzyła szeroko, szeroko... przerażona obcym światem, który nagle ją otoczył. Zosieńka położona w żłobkowym wyreczku, spoglądała niepewnie na rzędy łóżeczek z równie zagubionymi niemowlętami, jak ona sama. Część z nich sprawiała wrażenie pogodzonych z losem, część głośnym płaczem skarżyła się na swój los całemu światu. Zosieńka nie należała ani do jednych ani do drugich. Leżała obserwując przez szczebelki łóżeczka świat, który nie był jej domem... Zaciskała maleńkie dłonie w piąstki, gotowa w każdej chwili wybuchnąć płaczem, przyzywającym mateńkę. Godziny spędzone w żłobku dłużyły się Zosieńce niemiłosiernie. Wypijała chętnie butelkę podawaną jej przez panią w białym fartuchu, zaspokajając dręczący ją głód, ale zasnąć spokojnie nie mogła. Zmęczona czuwaniem w żłobku, przyniesiona do domu, zasypiała głębokim ale niespokojnym snem. Jasia początkowo cieszyła się tak łatwą aklimatyzacją Zosieńki w żłobku. Jednak z każdym dniem coraz bardziej czuła, że żłobek nie jest tak bezproblemowy dla Zosieńki na jaki wygląda. Tego dnia Jasia pozostawiając Zosieńkę opiekunce, czuła dziwny niepokój. Jednak zdusiła w sobie to przeczucie, tłumacząc to przewrażliwieniem.  Kiedy w pracy zadzwonił telefon, podbiegła pierwsza... Zosieńka była chora. Lekarz i diagnoza - zapalenie oskrzeli. Jasia czuwała nocami nad małym rozgorączkowanym ciałkiem  Oklepywała małe plecki i zrozpaczona obserwowała kolejne zastrzyki, jakie serwowano jej dziecku. Przy jednym z tych zabiegów pielęgniarka nieopatrznie pozostawiła w zasięgu małych zosieńkowych rączek kłąb waty, który Zosieńka schwyciwszy, nie chciała za nic oddać. Miętoliła w małych łapkach mięciutki kłębuszek, znajdując w tym zajęciu niespodziewanie dla siebie i otoczenia uspokojenie. Jasia najpierw się bała, że Zosieńka zechce owe puszki pchać do buzi, ale przekonawszy się, że Zosieńka jeno w łapkach je ściska, pogodziła się z tym "pocieszycielem". Miłość do miękkiego i puchatego pozostała Zosieńce na zawsze, przez całe życie z lubością dotykała i miętoliła w dłoniach wszystko co było miękkie i pusiowate. Pierwsza choroba Zosieńki była wielkim przeżyciem dla rodziców Zosieńki. Po pierwszym zapaleniu oskrzeli przyszło kolejne i kolejne, i kolejne... Lekarka widząc Zosieńkę kolejny raz u siebie, popatrzyła z niepokojem na dziecko a potem na jej rodziców. Oznajmiła im, że najwyraźniej Zosieńka nie zaaklimatyzowała się w żłobku i albo będzie chowana w domu, albo... Rodzice Zosieńki popatrzyli na siebie i rozumiejąc się bez słów, podjęli decyzję. Jasia została gospodynią domową, mamą na pełen etat. Zosieńka chuchana i dmuchana rosła jak na drożdżach. Choróbska towarzyszące jej bezustannie w ostatnich miesiącach, przepadły bez śladu.
Jasia uczyła się nowego życia, którego rytm był podporządkowany dobru dziecka. Odnalazła w nim spokój i radość. Miała teraz czas na zakupy, spacery z dzieckiem po parku i gotowanie domowych obiadków.
Gotować umiała i lubiła, znajdując przyjemność w karmieniu domowników. Właśnie podczas gotowania obiadu Jasia zobaczyła, jak Zosieńka jeszcze bardzo niezgrabnie i niepewnie stawia swoje pierwsze samodzielne kroki.
Zosieńka dźwignąwszy się do pionu, trzymając dla równowagi wyciągnięte rączyny, stawiała niezdarnie swoje pierwsze kroki w dalsze życie...

czwartek, 7 kwietnia 2016

Pragnienia czyli mówisz masz!

Zosieńka zamyślała się ostatnio coraz częściej. Bujała myślami Bóg jeden wie gdzie. przez co niestety jej najbliższe otoczenie było narażone na przeróżne niespodzianki. Zwierzyna była zadowolona z tego stanu rzeczy, bowiem Zosieńka nie będąc pewna czy jej pupile otrzymały przydziałowe posiłki, bez zastanowienia serwowała repetę. Ślubny bywał trochę mniej zadowolony, a brak zadowolenia miał źródło w poczuciu smaku, które namolnie domagało się potraw doprawionych akurat i w sam raz. Niestety ostatnio jadał posiłki niedosolone, bądź przesolone, ten pierwszy przypadek dawał się dość łatwo skorygować, ten drugi był niestety trudny do przełknięcia, w przenośni jako i dosłownie. Toteż po kolejnym źle doprawionym posiłku, spojrzał swej połowicy głęboko w oczy i zażądał by teraz, zaraz i natychmiast powiedziała czego pragnie a on spełni Zosieńkowe pragnienie, mając głęboko w sercu nadzieję na normalnie doprawione posiłki. Zosieńka westchnęła i ponownie się zamyśliła... cóż mogła powiedzieć, przecież Ślubny granic nie uszczelni, kryzysu migracyjnego nie zakończy, Targowicy nie uprzątnie, jednym słowem świata nie naprawi. Już, już z Zosieńkowej piersi miało się wyrwać kolejne westchnięcie, gdy na usta wepchły się jej słowa mistrza pióra hr. Fredry i na jednym oddechu spłynęły:
- Jeśli nie chcesz mojej zguby, krokodyla kup mi Luby!

Jakież było zdziwienie Zosieńki gdy jakiś czas potem otrzymała to co chciała. Mały pluszak przysłonił problemy świata, bowiem kryło się za nim wielkie serce... no i oczywiście przemożne pragnienie spożywania normalnie doprawionych posiłków ;)))





A tak oto na co dzień wykorzystywane są "światowe poduszki" :))






czwartek, 10 marca 2016

Poduszki czyli wielki świat na prowincji

Zosieńka z zadowoleniem przeczytała komentarze, jednak pochłonięta wiosennymi porządkami nie miała czasu by indywidualnie na nie odpowiedzieć. Porządki bardzo szybko przekształciły się w grzebanie po wszystkich zakamarkach w poszukiwaniu czegoś co można przerobić na coś innego a dokładniej na fartuszek pasujący do kuchni, która w związku z wiosenną przemianą nie jest już gwiazdkowoczerwona tylko granatowoniebieskożółta. Fartuszek na razie pozostaje w sferze marzeń i planów, za to z licznych resztek nabytych kiedyśtam u krawcowej, powstały poduszki. Poduszki pachną wielkim światem a konkretnie Paryżem! Czujecie jak to brzmi?! PARYŻ! Wszystkie te montmartry, ajfle i takie tam inne... wszak ponoć w Paryżu perfumy z helikoptera rozpylają ;))) Ot wielki świat, nie to co Zosieńkowa prowincja w której jedynym aromatem darmowo rozpylanym jest zapach gnojówki, którą akurat sąsiad użyźnia pole ;)) Na zewnątrz swojskie zapachy a wewnątrz ... wielki świat ;)))

Tkaniny było jak na lekarstwo, więc Zosieńka poratowała się kremowym materiałem, który ozdobiła amatorsko wykonanym transferem ;))






























piątek, 4 marca 2016

Wena czyli prysły zmysły...

Zosieńka zasiadła nad klawiaturą i zamyśliła się...

I tak tkwi nad tą klawiaturą, niczym komputer, który się zawiesił i nie ruszy dopóki się go nie zresetuje ;)) Takoż i czekam na reset, bo jak na razie prysły zmysły! Natchnienia do pisania brak, robótkowo coś tam się dzieje, ale wszystko z poślizgiem. Poniżej wieszaczek, który miał być gotowy na gwiazdkę, by mógł na nim zawisnąć fartuszek ozdobiony haftem. Fartuszek nie doczekał się , bowiem wieszaczek został ukończony dopiero teraz. Był fartuszek nie było wieszaczka... jest wieszak nie ma fartuszka... no chyba, że uda mi się do Wielkanocy coś uszyć...












To fartuszek sierotka co to się wieszaczka nie doczekał...