środa, 8 października 2014

Herbatka czyli nie wszystko złoto co się świeci

Była noc. Świat spowijała cisza.Zosieńka stawiała ostrożnie krok za krokiem. Jeszcze tylko parę kroków, jeszcze jedne drzwi i osiągnie swój cel. Miękkimi kocimi ruchami posuwała się naprzód. Nacisnęła klamkę i lekko popchnęła drzwi... otworzyły się ze skrzypnięciem, który zdał się jej jakimś hałasem okrutnym, który postawi cały dom na nogi. Zamarła w bezruchu, wstrzymując oddech... Po chwili nadal otaczała ją cisza, Skrzypnięcie przeszło bez echa. Nabrawszy odwagi, niczym pantera jakowaś ruszyła naprzód. Dotarła do kuchenki, gdzie wymacawszy po omacku czajnik, kurczowo uchwyciła jego trzymadło i wraz z nim dotarła do zlewu. Namacawszy pokrętło kranu, odkręciła je delikatnie. Podstawiła pod ciurkający strumyk wody czajnik. Napełniwszy go, włączyła gaz i umieściła rzeczony czajnik na palniku. Czujnie rozejrzała się wokół siebie. Zamknęła oczy i wsłuchała się w odgłosy domu. Uspokojona całkowitą ciszą, podjęła wędrówkę do szafki z herbatami. Udało się jej otworzyć drzwiczki, nie czyniąc zbędnego hałasu. Sięgnęła po swoją dawną ulubioną herbatę . Wyjęła małą torebeczkę i podsunęła ją pod nos. Zaciągnęła się boskim aromatem. Poczuła, jak zakręciło się jej w głowie. Poniuchała jeszcze raz i wrzuciła ją do stojącego na blacie kubeczka. Szum ulatniającej się pary z czajnikowego dzióbka, dał jej znać, że woda zawrzała. Już, już miała chwycić czajnik, kiedy przypomniała sobie, że nie zabezpieczyła ręki ochronną rękawicą. Cofnęła się i sięgnęła po nią. Zalewając herbatę, czuła upajający aromat, który unosił się wraz z parą, drażniąc jej nozdrza. Odstawiła czajnik na kuchenkę. Odruchowo chciała ustawić stoper by osiągnąć idealny napar, ale w ostatniej chwili przypomniała sobie, że nie może robić hałasu. Przez moment można było ujrzeć w jej oczach panikę, ale zaraz opanowała się i postanowiła liczyć do 180... Liczyła 1, 2, 3, 4, 5,  6 ... ale pamiętajmy, że Zosieńka, niczym sprzęt najnowszej generacji pracowała dwurdzeniowo czyli jedna część Zosieńki liczyła a druga rozmyślała nad tym co Zosieńka właśnie czyniła... a czyniła rzecz straszną. tak straszną, że musiała to uczynić w środku nocy, bo w świetle dnia nie odważyłaby się tak poczynać sobie. Całymi dniami wahała się, co zrobić. Podejmowała decyzję, by po chwili z niej zrezygnować. Miotana sprzecznymi uczuciami, nie mogła zaznać spokoju... 78, 79, 80... Wiśta wio, łatwo powiedzieć, ale kiedy była już o krok od realizacji swego zamysłu, cofała się przerażona tym co chciała uczynić i na powrót rozważała wszystkie za i przeciw... 123, 124, 125, 126, 127... sekundy płynęły nieubłaganie, zbliżając ją do tego co nieuchronne...  157, 158, 159... czuła jak rośnie jej gula w gardle, serce przyspieszyło swój rytm, miotając się w piersi niczym ptak w klatce, w brzuchu tłoczyły się tysiące motyli, próbując się uwolnić... 177, 178, 179, 180! Wyjęła herbatę z kubeczka i drżącą ręką sięgnęła po...
                                                                              C U K I E R ! ! !
Pierwszy raz od ponad czterech miesięcy nabrała łyżeczką słodkich kryształków i sypnęła do kubeczka. Jedna łyżeczka, druga łyżeczka... a co! raz się żyje - trzecia łyżeczka. Wspomnienie słodkiego naparu oszołomiło ją. Czuła jak kręci jej się w głowie. Już za chwilę weźmie haust cudownie słodkiego napoju. Jej pamięć odtwarzała reminiscencję euforii, jaka zawsze towarzyszyła piciu słodkiej herbatki i teraz oto była o krok od tego... Delikatnie wymieszała cukier i poczekała by napój ochłonął. Po chwili dotknęła kubeczka. Napar osiągnął odpowiednią ciepłotę. Uśmiechając się do siebie wzięła potężny haust i ... W jej oczach odmalował się szok, dobrze, że zlew był blisko. Mogła bez problemu pozbyć się zawartości jamy gębowej, nie czyniąc wokół siebie spustoszenia. Nie dowierzając sama sobie, ostrożnie wzięła jeszcze jeden łyk, tym razem przezornie stając nad zlewem... Wypluła i przepłukała usta wodą. Czar prysł. Bez żalu wylała resztę i jeszcze raz nastawiła wodę na herbatę. Czekając aż się zagotuje zastanawiała się jak to jest, że w jej wspomnieniach słodka herbatka jawiła się jako boski napój? Musiała przyznać się, że tęskniła za nią a tu takie rozczarowanie... Kiedy ponownie zalewała wrzątkiem herbatę, w głowie tłoczyły się natrętne myśli. Ile czasu w życiu zmarnowała tęskniąc za przeszłością? Ileż to wyidealizowanych wspomnień zatruwało jej teraźniejszość? Zosieńka pomału nabierała pewności, że miejsce wspomnień jest w przeszłości. Snucie wspomnień przy kominku jest urocze, ale - "To se ne vrati pane Hawranek"


Oto wiosenny wianek, który powstał w komplecie do jesiennego :)












Dynie czyli spełnione marzenie

 Zasadził dziadek rzepkę o w ogrodzie...
Zosieńka nic nie sadziła ani nie siała...

Chodził tę rzepkę oglądać co dzień...
Zosieńka nie chodziła i nie oglądała, bo o niczym nie wiedziała...

Wyrosła rzepka jędrna i krzepka...
I tu się nareszcie coś zgadza, wyrosła i jędrna, i krzepka, ale... nie rzepka tylko ozdobna dynia ;)

Zosieńka ozdobne dynie miała w ogrodzie jakieś trzy lata temu, więc zdumiona była okrutnie, że nie wiadomo jak, nie wiadomo skąd w ogrodzie na płocie pojawiła się roślinka, która z każdym tygodniem była coraz silniejsza i bardziej zdeterminowana, aby wziąć w wyłączne posiadanie płot.  Dyńka co zamierzyła, to uczyniła a w podzięce, że nie przeszkadzano jej w poczynaniach, jesienią obdarzyła Zosieńkę licznymi owocami. Ciemnozielonymi i pasiastymi, gładkimi i guzowatymi...
I tak oto spełniło się Zosinkowe marzenie, co by nie orać, nie siać a zebrać ;))










sobota, 4 października 2014

Jeż i wianek czyli bliskie spotkania trzeciego stopnia

Wianek poczyniłam, mobilizowana licznymi wpisami na blogach o tematyce jesienno-wiankowej. Postanowiłam nie odstawać od stada i przyozdobiwszy gotowca, z dumą pstryknęłam fotki.  W nocy wychodząc na spacer z Psicą odkryłam przyczynę szybko znikającej karmy dla kotów. Okazało się, że mają konkurencję. Jeże rozpierzchły się na wszystkie strony, jeden postanowił zostać gwiazdą i pozował uparcie do zdjęć. Wyraźnie widać, że bliskie spotkanie z człowiekiem mu niestraszne...
















niedziela, 28 września 2014

Wianek czyli grzyby w roli głównej

 Wena mię opuściła... Odeszła w dal razem z latem. Teraz nic jeno zawinąć się w ciepłe odzienie, opatulić kocem i czekać... na następne lato. Całe szczęście, że po drodze jeszcze jest gwiazdka, bo inaczej można by całkiem spokojnie zapaść w sen zimowy.
  Tapety jeszcze nie nabyłam, bo mi sklep zamknęli. W mieście jak to w mieście, człowiek lata jak ten przysłowiowy kot z pęcherzem. Wszędzie daleko, więc zakup tapety postanowiłam umieścić na ostatniej pozycji planu dnia. Utachana jak nieboskie stworzenie, ostatkiem sił ciągnę Ślubnego do tego nieszczęsnego sklepu z tapetami. On (widzę to w jego oczach) idzie za mną tylko z obawy, że gotowam uczynić karczemną awanturę na środku ulicy i co zastaję? Sklep a jakże, ale z częściami motoryzacyjnymi. Nie powiem w tym momencie Ślubny nawet jakby się ożywił, wyraził nawet chęć zwiedzenia nowego przybytku, ale tu ja stanęłam okoniem. Miała być tapeta a nie jakieś żelastwo motoryzacyjne. Cóż było robić, potruchtaliśmy do pobliskiego marketu budowlanego z nadzieją nabycia mej upragnionej fanaberii. Weszłam pełna nadziei, ale przy końcu tapecianego regału jej resztki smętnie wyparowały. Ja nie wiem jakaś klątwa nad tym tapetowaniem wisi czy co? Załamana co by nie powiedzieć wprost - zrozpaczona, smętnie wlokłam się przez pozostałe alejki. Omiatałam kolejne regały z wątłym zainteresowaniem i rozmyślałam nad mym nieszczęsnym żywotem.  Nagle ujrzałam maleńki dywanik dokładnie taki jak sobie wymarzyłam i tu poczułam się rozdarta niczym Hamlet nad swym słynnym - Być albo nie być, oto jest pytanie? Ja zadawałam sobie podobne pytanie, trzymając w swych dłoniach wymarzone cudo - Kupić czy nie, oto jest pytanie? Ślubny zakwalifikował me pytanie do retorycznych i nie wdając się według niego w zbędne rozważania egzystencjonalne, udał się wraz ze mną konwulsyjnie ściskającą wymarzone cudo w objęciach w kierunku kasy. Tam na usilną prośbę kasjerki, pozwoliłam na moment wydrzeć sobie z objęć przedmiot mych marzeń i snów, w celu zeskanowania kodu kreskowego. Uiściwszy zapłatę, porwałam kobierzec w ramiona i radosnym truchtem pognałam do auta. Tu, zgrabnie wskoczyłam na przednie siedzenie (akcja zmiany nawyków żywieniowych trwa z jak najlepszym skutkiem, w związku z czym problem wsiadania do auta odszedł w niebyt), stanowczo odmawiając wypuszczenia z uścisku czarownego dywanu.  W domu Ślubnemu udało się po długich perswazjach nakłonić mnie do uwolnienia nowego nabytku. Ułożony na docelowym miejscu, cieszy me oczy... i wszystko byłoby dobrze, tylko nadal nie kupiłam tapety.
I to by było na tyle w temacie tapeciarskim.
Jest takie przysłowie - Nie przyszedł Mahomet do góry, to przyjdzie góra do Mahometa. Zawsze wydawało mi się trochę bezsensowne... a widok idącej góry odrobinę absurdalny i co? i dostałam prztyczka w nos ;) Wprawdzie to nie góra, tylko grzyby przyszły do mnie na podwórko, aleć to zawsze cóś :) Przyznaję się, że na grzybach się nie znam i z tegoż powodu naszego jesiennego, narodowego sportu nie uprawiam. Sport jest szalenie ekstremalny, bo z tego co przez lata zaobserwowałam mało kto się na grzybach zna, ale zbierają prawie wszyscy. Ekstremalność owa polega na tym, że człowiek je takową kolacyjkę i nigdy nie wie czy czasami za dwa tygodnie nie obudzi się w szpitalu z cudzą wątrobą. W skrajnym przypadku nagrodą w tej dyscyplinie bywa pogawędka ze świętym Pietrem. Jako, że pociągu do sportów nijakich nigdy nie posiadałam to grzybki, które się pojawiły w mej zagrodzie zostały tylko obfocone :)




















piątek, 19 września 2014

Jesienny haft czyli Zosinkowe rozważania

   Zosieńka uporawszy się z ogarnięciem i uładzeniem chałupy, zasiadła przed komputerem. Truchcikiem przemierzyła znajome blogi, poużerała się z bloggerem, który dziś był wyjątkowo żarłoczny i wyglądało na to, że postanowił się pożywiać właśnie jej komentarzami. Z niektórych starć ona wyszła zwycięsko, w innych triumf odnosił żarłoczny blogger... czyli wszystko było jak zwykle.
   Jesień na przekór tym, którzy na nią już zawczasu psioczyli, zaczynała się w tym roku przepięknie. Słońce grzało jak opętane i tylko smętnie spadające liście przypominały, że lato odeszło, ustępując miejsca jesieni. Zosieńka z ogromnym zainteresowaniem czytała posty traktujące o jesieni, o spokoju, który  ogarniał przyrodę i ludzi, którzy nie wiadomo dlaczego buntowali się przeciwko temu.  Widocznie człowiek raz opuściwszy świat zwierząt, wziął sobie za punkt honoru negowanie wszelkich naturalnych rytmów przyrody. Zosieńka coś na ten temat wiedziała, w końcu dzień w dzień a właściwie noc w noc łamała naturalny dobowy rytm snu i czuwania.
   Przez otwarte okno dochodziły niemrawe ptasie świergoty. Powiew wiatru szeleścił liśćmi, póki jeszcze miał czym... Zosieńka uderzała rytmicznie w klawiaturę. Nagle poczuła chłód bijący od okna, wzdrygnęła się i wstała. Zamknęła okno i założyła sweter, pomyślała, że to kolejny znak jesieni.
        Zaczęła się zastanawiać czy powinna się cieszyć z tej jesieni czy nie... Dawnymi czasy, kiedy jesień kojarzyła jej się przede wszystkim ze szkołą i koniecznością zakupu wyprawek szkolnych, podręczników tudzież innych opłat od których uzależniona była edukacja jej pociech, jesień jawiła się jej niczym horror jakiś, ale teraz... Teraz jesień była spokojem. Wioska cichła, zamierały krzyki dzieci, które pochylone nad zeszytami mozolnie zdobywały wiedzę. Zosieńka chodziła na długie spacery, z których wracała z wypchanymi kasztanami kieszeniami. Uwielbiała te małe brązowe kulki. Co roku dawała się ponieść zbieraczej mani i znosiła je w ilościach hurtowych do domu. Nie umiała odpowiedzieć na pytanie - po co jej to? Układała je na parapetach, zapełniała koszyczki. Pracowicie układała  pod łóżkiem i koniecznie musiała mieć choć jeden w kieszeni każdej jesiennej i zimowej kurtki. Wierzyła, że dzielą się z nią dobrą energią.
  Złota jesień z kolorowymi drzewami i ta płacząca deszczem, który strużkami spływa po oknach... Z latami jesień w życiu Zosieńki stała się nieodłącznym ogniwem spinającym w całość krzykliwą radość lata z rozanieloną gwiazdką zimą.     Zosieńka zrozumiała, że bez jesiennego wyciszenia niemożliwe byłoby docenienie sennej zimy, po której następuje wiosenna eksplozja, przeradzająca się w letni dostatek. Odwieczny i różnorodny krąg życia toczył się ku jej wielkiej radości.
  Wzięła jabłko i ugryzła. Chciała je zjeść nie komuś na złość ale w hołdzie jesieni obdarowującej nas owocami letniej pracy. Owoc był duży i pięknie wybarwiony, roztaczał wokół siebie pyszny aromat... Zosieńka przełknęła ostatni kęs i wyrzuciła ogryzek na kompost. Mruknęła z zadowoleniem do siebie - A jednak jesień jest piękna. Wzięła głębszy wdech, co przy astmie nie zawsze jest łatwe i wróciła do domu, by skończyć jesienny haft z żołędziami.