Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szydełkowanie crocheting. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szydełkowanie crocheting. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Blogger czyli wszystko płynie...

 Wracając na łono blogosfery po jakby nie było całkiem długiej przerwie, miałam irracjonalną nadzieję, że tu nic się nie zmieniło. O jakże głęboko się myliłam! Odnalazłam kilka blogów, jednak wielu blogów znaleźć nie mogę, wiele zawisło między niebem a ziemią, jak jeszcze niedawno mój wegetował... oczywiście część blogów jest nadal aktywnych, ale ich autorzy zapomnieli o Zosieńce a może poczuli się urażeni i porzuceni przez milczącą Samosię... Któż to wie?

 Na swoje usprawiedliwienie mam tylko i aż to, że życie pisze dla nas nieprzewidywalne scenariusze, którymi zaskoczeni nie zawsze chcemy i możemy się dzielić z innymi.

A jakby było mało tego, moim powrotem prawie idealnie się wstrzeliłam w czas wielkich zmian na bloggerze. Zmianami poczułam się w pierwszej chwili zaskoczona a w drugiej zagubiona. Nie dość, że pamięć mam dobrą ale krótką i większość zasad obsługi bloggera wyparowała z mojej głowy niczym bąbelki z szampana - z tą tylko różnicą, że szampan poprawia  (choćby na krótko, ale jednak) humor, to jeszcze do tego doszły zmiany, które miast ułatwiać, wyraźnie rzucają mi kłody pod nogi. 

I cóż począć, przyjdzie przywyknąć, wszak żyć trzeba 😷 Blogger dziś jeszcze obcy 👾 i niezrozumiały, jutro stanie się nudny i banalny. W każdym razie takową nadzieją się karmię... Proszę 🙏 nie wyprowadzajcie mnie z błędu. 😉

Miało być o ogrodzie, nawet zdjęcia haftu do tego sobie przygotowałam, akuratnie pasujące jako ilustracja. Jednak tak jakoś, jakby bez mojego udziału napisało się coś innego. Post bez zdjęcia wydaje się być niepełny, dlatego wrzucam fotkę serwetki, która powstała wiosną jeszcze... 

Dodaj podpis






piątek, 4 grudnia 2015

Szydełkowanie czyli choinki w natarciu ;)

Zosieńka nucąc pod nosem, nalewała wodę do czajnika. "Wiedziałam, wiedziałam..." - śpiewała, nasypując herbatę do pękatego imbryczka. Po chwili herbata się już parzyła, a ona stała w oknie obserwując bijące się wróble. Ptaszyny toczyły na pozór bezsensowne bijatyki, choć ziarna w karmniku był dostatek. Sielankę przerwał sokół, który niczym kamień spadł w sam środek szarej gromadki. Porwawszy zdobycz znikł jeszcze szybciej niż się pojawił. Zapowietrzona z wrażenia Zosieńka, stała niczym rażona piorunem. Wszystko stało się tak szybko, że nie wiedziała czy to co widziała rzeczywistością było czy li tylko jej fantazją. Potrząsnęła głową i pomyślała, że przyroda rządzi się swoimi prawami. Słabszy ginie, silniejszy przeżywa. Zaniosła herbatkę do pokoju i postanowiła przeczytać jeszcze raz tekst, który wprawił ją w dobry humor...

"Szydełkowanie określane jest mianem jogi dla mózgu. Wpływa na aktywację obszarów mózgu, które są odpowiedzialne za odczuwanie spokoju. Takie hobby sprzyja łagodzeniu stresów, uspokaja, podnosi kreatywność. jest to zajęcie, które pozwala się zrelaksować, wycisza umysł i jest swego rodzaju sposobem medytacji. Sam Albert Einstein mówił, że w celu oczyszczenia umysłu i wyciszenia sięgał po robótki ręczne.
Szydełkowanie podobnie jak medytacja, to sekwencja tych samych czynności, które powtarzamy. Koncentrowanie się na nich pozwala uspokoić myśli i prowadzi do wyciszenia."
dr Jenny Whiting - University of Sydney

Zosieńka z zadowoleniem przeczytała kolejny raz słowa, które niczym balsam spływały na jej duszę. Jakby nie patrzeć dzieliła to samo hobby z nie byle kim, ale z samym Einsteinem. Wprawdzie dotąd wychodziła z założenia, że Ameryki nie odkryje ani prochu nie wymyśli, jednak teraz niespodziewanie ujrzała światełko w tunelu. Kto wie, może dziergając kolejnego szydełkowca odkryje jakowąś teoryję, która wpłynie na losy świata... I znów Zosieńka ujrzała oczyma wyobraźni, czerwony dywan, błysk fleszy i takie tam inne , co to towarzyszą sławnym ludziom. Wysączyła z filiżanki ostatnią kropelkę herbaty i z zapałem godnym neofity, chwyciła za szydełko. Dziergała i dziergała, dopóki nie skończyła się jej biała nitka. Nie zraziwszy się niespodziewanymi trudnościami, zrobiła kipisz w przydasiowie. Po chwili z viktorią na ustach, poczęła dziergać z zielonej nitki...












sobota, 21 listopada 2015

Jesień czyli słoiczkowe decu

Zosieńkowa doba ostatnimi czasy dziwnie się skurczyła. Święta za pasem a Zosieńka w lesie. Znaczy się proszę tych słów nie brać dosłownie, Zosieńka przebywa w przysłowiowym lesie. Wprawdzie ten realny las rośnie całkiem niedaleko, ale Zosieńka z wiekiem wykazuje daleko idącą niechęć do opuszczania pieleszy domowych. Zewnętrze wraz z obniżającą się temperaturą traci dla niej atrakcyjność. Owszem na dwór wychodzi by umożliwić Psicy załatwienie potrzeb fizjologicznych, ale wypady są zdecydowanie ograniczone do koniecznego minimum. Psica nie protestuje, bowiem z wiekiem nauczyła się cenić ciepło domowego ogniska dosłownie i w przenośni. Po krótkim wypadzie wracają obie kurcgalopkiem do domu. Zosieńka zasiada na fotelu i w przerwach między jednym słupkiem a drugim wydzierganym szydełkiem, popija gorącą herbatkę. Psica zawija się w kłębek na nogach swej Pańci i tak spędzają wspólnie długie jesienne wieczory...

Zosieńka postanowiła sprawdzić czy da się ozdobić szklany słoiczek metodą decu. Da się! Najpierw pomalowała dwa razy farbą emulsyjną, potem go zaserwetkowała a następnie zalakierowała. I tym sposobem stworzyła pojemniczek na przydasiowe drobiazgi.






poniedziałek, 12 października 2015

Okno czyli dysfunkcja jako ratunek

Poranek zaczął się można by rzec tradycyjnie, znaczy się telefon, pobudka i... tu powinna nastąpić drzemka, niesłychanie smakowita, jak każdy zakazany owoc. Narzuciłam kołdrę na głowę i z rozpaczą odkryłam, że zapadnięciu w sen, przeszkadza uporczywy dźwięk. Jak nic,  któś spalinową piłą rżnął drzewniane odpady. Zacisnęłam me orzechowe oczęta ( marzenia o "ócz błękitach' porzuciłam czas jakiś temu) i docisnęłam mocniej do ucha jasieczek... po chwili wsadziłam głowę pod poduszkę. Niestety próby me daremne były, natarczywy dźwięk na dobre przepłoszył Morfeusza.
Wstałam z posępną miną i spojrzeniem mogącym zabić. Bazyliszek mógłby w tym momencie nauki ode mnie pobierać. Zrobiłam śniadanie przy akompaniamencie zgrzytów, wizgów i tym podobnych dźwięków. Psica taktownie postanowiła przeczekać burzę w swoim naturalnym środowisku czyli w sypialni. Co jakiś czas badawczo łypała na mnie, leżąc wygodnie na łóżku. Spożyte węglowodany najwyraźniej miały na mnie zbawienny wpływ, bowiem wrogość do hałasującego otoczenia, zmalała w wystarczającym stopniu, by bez obawy rozlewu krwi, udać się można było na poranny (czyt. południowy) spacer z Psicą. Spacer wiąże się obowiązkowo z karmieniem kociarstwa, które na dźwięk otwieranych drzwi zlatuje się z całej okolicy. Nasypałam suchej karmy, dla wybrednych nalałam rosołku z wkładką i wygłaskałam Cichociemną. Dzika koteczka, istny tygrys szablastozębny dokonała życiowego wyboru i postanowiła zostać przyjacielem karmiącego człowieka. Kolejny raz okazało się, że zwierzę mądrzejsze jest od człowieka i od razu załapała, że karmienie jest sprzedażą wiązaną. Znaczy się w pakiecie z żarełkiem jest głaskanie. Jeszcze się czasem wzdrygnie, spojrzy z ukosa, ale dzikość jej topnieje odwrotnie (a może wprost, z fizyki zawsze kiepska byłam) proporcjonalnie do spadku temperatury. Im zimniej, tym spoleglejsza... im więcej w misce smakołyków, tym mniej zależy jej na nietykalności.
Powróciwszy do domu, spojrzałam na okno, w które zajrzało słoneczko. Zachciało mi się spoglądania! Bezlitosne słońce ukazało w całej krasie, esy floresy uczynione na szybach łapkami jaśnie państwa kociarstwa. Na jednej z szyb był dodatkowy wzorek, za którego powstanie był odpowiedzialny nosek mej Psicy. Rzuciłam okiem jeszcze raz, tak dla pewności...gdzieś tam na dnie mej nieszczęsnej duszy kołatała się nadzieja, że może to słoneczko figle jakoweś wyczynia, że to jakaś fatamrugana jest. Zerknęłam spod oka... przepadłam z kretesem! Okno jak nic nadawało się do mycia. Cóżem uczyniła losie nieszczęsny, żeś mnie tak pokarał. Mogłabym sobie haftować w spokoju, ewentualnie szydełkiem wydziergiwać kolejną serwetkę albo zgłębiać tajniki dekupażu... mogłabym...   gdyby nie okno. Owszem zakradła się do mego umysłu myśl podstępna, by zlekceważyć odkrycie przed chwilą uczynione. Myśl owa kusiła, dręcząc mą duszę... Poczęłam się zastanawiać skąd we mnie te rozterki, skąd to duszy bolesne rozdarcie, gdzie źródło owej wielkiej niechęci do sprzątania oraz inszych porządków?
Widząc bezcelowość mych rozmyślań, postanowiłam przystąpić do działania. Zniosłam sprzęt, tudzież środki myjącoczyszcczącopolerujące i wziąwszy głębszy wdech, zabrałam się do roboty. Zaoszczędzę Wam tekstów jakie w trakcie tej czynności padały. Nie łudźmy się, do najbardziej cenzuralnych nie należały. Kto wie może nawet bywalcy budek z piwem mogliby się w tym momencie czegoś ode mnie nauczyć. Koniec końców okno zostało umyte i wypolerowane aż do bólu a we mnie zaczęło się kluć podejrzenie. Podejrzenie kluło się i kluło aż przybrało formę jednego słowa - l e n i s t w o. Wyszło mi na to, że ja najpoprościej w świecie leniwa jestem. Spanikowałam tak bardzo, że w rozpędzie zaprzeczania, umyłam jeszcze drugie okno oraz zmieniłam pościel. Nie wiadomo jak by się to skończyło, gdybym nie przypomniała sobie sentencji wyczytanej onegdaj na Danuśkowej pracy ( Anstahe ). Otóż stało tam jak byk napisane - t o  n i e   l e n i s t w o    t o   d y s f u n k c j a   u k ł a d u   m o t y w a c y j n e g o.  Jako człowiek z dysfunkcją mogłam spokojnie zająć się mymi robótkami... ;)

Poniżej ujrzeć możecie okno, będące przyczyną mych rozterek, oczywiście już po myciu, przed do obfocania się zdecydowanie nie nadawało... Firaneczka własnoręcznie wydziergana


Kocyk na parapecie to posterunek mojej Psicy. Swoje lata ma i na gołym parapecie siadania odmawia ;)




Oczywiście po umyciu okien zaczął padać deszcz, obracając w niwecz moje pucowanie ;)

Oto Cichociemna w towarzystwie Pusia i Psicy.







środa, 4 lutego 2015

Misz masz czyli o wszystkim i o niczym

W kuchni słychać było ciche łkanie. To z Zosieńkowej piersi wyrywały się szlochy, spazmy i kwilenia tudzież inne dźwięki temu towarzyszące w postaci pochlipywania i siąkania nosem. Już, już się uspokajała, gdy jej wzrok znów padł na przedmiot będący powodem owych płaczów i lamentów... Poczuła jak ponownie wzbiera w niej żal a nadprodukcja łez czeka by ponownie wypłynąć z jej ocząt rwącymi potokami. Wzięła głęboki wdech i postawiła wziąć ten cios na klatę. nastawiła wodę na herbatę i z puszki  Lady Grey wysypała ostatnią łyżeczkę herbaty, jaka była na dnie. To nad nią łzy roniła z żalu, że się kończy.



Herbatkę ową nabyła w promocji, przed świętami w ramach prezentu gwiazdkowego dla samej siebie. Prezent ów był szalenie udany, jak wszystkie, które sobie sama czyniła. Zosieńka przez lata wypróbowała wszelakie sposoby wpływania na najbliższe otoczenie, które miały na celu zaowocować otrzymaniem, jeśli nie wymarzonego to chociaż udanego prezentu. Zostawiała w widocznych miejscach gazetki reklamowe z zakreślonymi typami, prowadziła długie monologi na temat swych mrocznych przedmiotów pożądania... Ba! Zdarzało jej się nawet na żywo w sklepie palcem pokazywać, choć uczono ją od małego, że to nieładnie. Jej wysiłki okazywały się daremne. W końcu dziwnym trafem, czas jakiś temu odkryła, że jej najlepszym przyjacielem nie jest ani pies, którego posiadała w ilości sztuk jeden ani tym bardziej brylanty, których nie posiadała w żadnej ilości. Jej najlepszym przyjacielem była ona sama. Błysk geniuszu, który pozwolił jej to zrozumieć, był przełomową chwilą w jej życiu. od tego momentu starała się dbać o siebie najlepiej jak umiała, rozpieszczając się drobnymi dowodami przyjaźni w postaci a to dobrej herbatki, a to znowu kolejnej porcelanowej durnostojki nabytej w KiK za złotych polskich cztery a idealnie pasującej do porcelanowych ptaszków od Dorotki  TU .





 Jajo nabyła w KiK, bowiem nieopodal Zosieńki w pobliskim miasteczku otworzono sklep tej sieci i teraz Zosieńka Europejka całą gębą, pomykała przy każdej sposobności, między regałami, podziwiając metki z ceną przeliczoną na cztery waluty. Niestety realia życiowe powodowały, że spoglądając na metkę, szukała tylko i wyłącznie napisu 1 euro, nie znajdując go, odkładała towar na półkę.
W jej rozmyślania wdarł się aromat parzącej się herbatki. Zaciągnęła się nim, upajając się niebiańską wonią. Wszystko co dobre kiedyś się kończy - pomyślała niosąc filiżankę do pokoju. Obok fotela leżał haft. Wzięła go do ręki i zaczęła stawiać kolejne krzyżyki. Jak zwykle jeden procesor zajmował się haftem a  drugi planował post o odżywianiu. Idea owego przedsięwzięcia pomału już się krystalizowała w zosieńkowej głowinie i według wszelkich znaków na niebie i ziemi w tym tygodniu dojdzie do skutku.  Odłożyła robótkę i wzięła w dłonie filiżankę, łyk herbaty przyjemnym ciepłem rozszedł się po jej ciele. Z radością i wielką czułością spojrzała na nowy nabytek i pomyślała jak to dobrze, że zdarzają się jej chwile głupoty, lekkomyślności i nieodpowiedzialności. W sumie Zosieńka powinna czuć się zwolniona z obowiązku bycia mądrą bowiem zęby mądrości nie dość, że wyszły jej późno, co samo sobie o czymś świadczy, to w dodatku długo miejsca w zosieńkowej gębie nie zagrzały ... Pociągając kolejny łyczek z filiżanki doszła do wniosku, że fakt ów całkowicie ją rozgrzesza z lekkomyślności, której postanowiła się odtąd oddawać w sklepach z artykułami dekoracyjnymi... Oczywiście w granicach jednego euro ;)))

Do herbatki był deser w postaci haftu oczywiście ;)))





































sobota, 13 grudnia 2014

Domki czyli życie to nie bajka

Chciała czy nie chciała, bardziej nie chciała, ale do miasta Zosieńka pojechała. Zakupy mus było uczynić i za prezentami się rozejrzeć. Weszła Zosieńka do Roossmanna i dalejże plątać się po zakamarkach. Sklep tenże nie jest jej środowiskiem naturalnym jak na przykład pasmanteria i Zosieńka błąkała się po nim niczym Jaś i Małgosia po ciemnym lesie. Oszołomiona mnogością zapachów i podziwiając zatrzęsienie towarów różnorakich, często o nie znanym jej przeznaczeniu, nagle ujrzała rzecz jakże znajomą i upragnioną. Zapomniawszy o celu w jakim się tu pojawiła wykonała nagły skręt i udała się ku pożądanemu produktowi na skróty, by jak najszybciej znaleźć się przy nim. Wzięła głęboki wdech i sięgnęła na półkę po mały domek. Mały ale wspaniały! Po chwili dotarło do niej, że domków są trzy rodzaje i wszystkie są podświetlane ledami. Dotykała, oglądała je na tyle długo by wzbudzić jakże nieuzasadnione podejrzenia ochrony sklepowej. Ochroniarz taktownie zaczął obserwować Zosieńkowe poczynania, dziwiąc się zachowaniu kobiety, która miast kontemplować kosmetyki bądź inne perfumy wzdycha nad domkiem za 9 zł. Zosieńka tymczasem zajrzała do portfela, uczyniła karkołomne obliczenia i jeszcze raz przekonała się, że w życiu cudów nie ma i do cudownego rozmnożenia środków w portfelu nie dochodzi. Westchnęła i odstawiła cudeńka na półkę... Wyszedłszy ze sklepu nie omieszkała pochwalić się  Ślubnemu, że oparła się pokusie nabycia kolejnej durnostojki. Miała nadzieję, że satysfakcja z pokonania żądzy zakupu pomoże jej znieść żal, który się nagle pojawił. Niestety minął dzień a Zosieńka nadal wspominała cudne domki. Ubolewała ogromnie, że jej życie nie toczy się w bajce, gdzie za sprawą magii urocze domki trafiłyby pod jej dach.
Zosieńka pogrążona w dziecinnej żałości, wzięła resztkę kordonka i uczyniła z niego choinkę, którą następnie ukrochmaliła na sztywno i zawiesiła w oknie ku ozdobie. W każdym razie takową nadzieję posiadała, znaczy się, że ku ozdobie to będzie ;)