wtorek, 27 lipca 2021

Humorek czyli zlej tanecznicy przeszkadza rąbek u spódnicy ;)

 Dziś  mam za sobą nie najlepszy dzień.  Wiem, wiem że w pewnym wieku jak się czlowiek budzi i nic go nie boli to najprawdopodobniej ... nie żyje  ;)  Jednak dzisiaj parametry mojego jestestwa były zdecydowanie poniżej średniej.  Zaczynam rozumieć dlaczego starzy ludzie... wróć! ... ludzie młodzi inaczej mają tendencję do narzekania na wszystko. Szkoda, że nie mogliście mnie dziś widzieć i słyszeć.  Chlebek był za miękki,  masło zbyt maślane,  słońce za mocno świeciło,  woda była za mokra a moja ulubiona herbata dzisiaj wyjątkowo źle się zaparzyła... Nawet gdybym dostała gwiazdkę z nieba to rez bym narzekała!  ;) 

Tylko haftowanie było super. Umoszczona w poduszkach na fotelu, siedziałam i rytmicznie wbijałam igłę w kanwę.  W górę i w dół,  w górę i w dół... krzyżyk za krzyżykiem przybywał,  odsłaniając uśmiechnięte buźki bałwanków. 






poniedziałek, 26 lipca 2021

Mała Zosieńka czyli oczekiwania i rzeczywistość ;)

 Jako nieletnie pacholę żywiłam nadzieję,  iż będąc w wieku podeszłym dożyję czasów dostatnich.  Marzyly mi się wycieczki weekendowe na Księżyc,  roboty domowe... Pisząc roboty domowe nie mam na myśli robota kuchennego,  pralki automatycznej, czy rumby wyjącej godzinami. Marzył mi się robot - automat, który zrobi to wszystko, co wyżej wymienione urządzenia bez mojego nadzoru i  we względnej ciszy. Jednym z moich cichych marzeń była też kabina holograficzna ... że nie wspomnę o wyższym poziomie medycyny.

Na razie mam tablet,  internet i duży telewizor.  Dobre i to ;))






niedziela, 25 lipca 2021

Żniwa czyli początek końca lata

Od rana z oddali dało się słyszeć jednostajny szum pracującej maszyny. Zosieńka westchnęła z rozrzewnieniem. Żniwa zawsze zdawały  się jej początkiem końca lata. Jeszcze chwila i znikną złote  łany, ustępując miejsca smętnym rżyskom. Kolejne lato przemijało w Zosieńkowym życiu...







sobota, 24 lipca 2021

Sanseviera czyli zielonym do góry! ;)

  Haftuję,  patchworkuję, szyję ręcznie,  szydełkuję, dekupażuję, wypiekam a w wolnych chwilach by się nie nudzić zajmuję się zielonym do góry. ;)

Od razu wszystkich uprzedzam nie jestem posiadaczką tzw. ręki do kwiatów.  Takową posiadała moja babcia po kądzieli. W domu i ogrodzie wszystko co było zielone bujało u niej jak wściekłe.  U mojej mamy w grę wchodziło tylko zielone doniczkowe, z racji tego iż  do mieszkania w centrum miasta wojewódzkiego ogród nie był dołączony. Zielone u mojej mamy rosło,  ale miało jedną drobną  przypadłość. Na dwa trzy dni przed jej zachorowaniem, wszytko zielone w mieszkaniu zaczynało więdnąć.  Wyraźnie było widać,  że im coś doskwiera,  tak jakby wyczuwały nadchodzącą chorobę ich opiekunki.  Sytuacja była stresogenna i moja mama ograniczyła się do sanseviery, kliwii oraz paprotek, które rosły oszałamiająco na wschodnio-poludniowym parapecie. Nie pytajcie mnie jak to możliwe (?!).  Ja w początkowych latach mojego samodzielnego życia w pełni zasłużyłam na miano "seryjnego zabójcy " zielonego, dopóki nie odkryłam,  że przyczyną tego nie był brak opieki, ani też  niewłaściwa opieka,  jeno jej nadmiar. Po prostu zaglaskiwalam kota a właściwie rośliny na śmierć!  Teraz zaglądam, doglądam czasem nawet przesadzę,  ale w przerwach zapominam i tylko patrzę  :)

Poniżej  zdjęcia moich dwóch nowych nabytków - sanseviera zakupiona w Dino. Skłonność do nich wyniosłam z domu. Sansę Black Coral dostałam nawet we wianie po zamążpójsciu. Ogromną w wielkiej glinianej donicy. :)









Na powyższych zdjęciach jest egzemplarz z dwiema małymi odnóżkami .







Ta nie ma odnóżek ale ma ladniejszy pokrój. 

A tu filmik dla chętnych do obejrzenia moich nowych nabytków "w ruchu" ;)



piątek, 23 lipca 2021

Mialy być eklery czyli przekuwanie klęski!

 Ciasto ptysiowe to jedne z moich ulubionych, bo zawsze było bezproblemowe. Jakimi drogami biegły moje myśli, kiedy postanowiłam wypróbować nowy przepis, tego nie wie nikt - nawet ja ;)  Zaczelo się od tego, że kartkowałam książkę kucharską Cukiernia Lidla. Moje oko utknęło na eklerach kawowych a mój żołądek zaczął skandować - "Robimy to, robimy to!". Nie będę się przecież opierać moim własnym integralnie ze mną połączonym organom. Robimy to robimy ! ;) W pierwszej chwili z przepisu książkowego miał być tylko krem, ale jak szaleć to szaleć, podjęłam decyzję - jak się później okazało brzemienną w skutki - by ciasto zrobić też z nowego przepisu. Przygotowałam składniki ( mleko, wodę, masło oraz szczyptę soli), zagotowałam i dodałam mąkę.  Trzymając garnek na gazie energicznie mieszałam około minuty, może trochę krócej.  Garnek z zawartością odstawiłam do przestudzenia a w tym czasie wybiłam do szklanki trzy jajka i postawiłam w stan gotowości mikser ręczny. Ciasto się studziło a do mnie docierało,  że  coś jest nie tak z proporcjami... że tych jajek jest za dużo.  Jednak wątpliwości zdusiłam w zarodku , ba nawet sama siebie zbeształam w myślach. Oj, Zośka Zośka mistrzów cukiernictwa zachciało ci się poprawiać! Przepis jest, działaj  zgodnie z nim! Toteż pokornie pochyliwszy głowę do ucieranego mikserem ciasta zaczęłam po jednym dodawać jajka. Jedno jajko wszystko dobrze, drugie jajko jest ok... i tu w głowie zaczęła wyć syrena, bowiem ciasto wyglądało idealnie, ale przepis bezwzględnie nakazywał dodać trzecie. I co zrobiłam?  Miast zaufać własnemu doświadczeniu i poprzestać na dwóch,  dodałam trzecie. Niestety wierność instrukcji skończyła się klapą.  Ciasto było zdecydowanie zbyt rzadkie by dało się szprycą wycisnąć eklerki. Wypadałoby wyrzucić i zrobić drugie, ale lata oszczędnego gospodarowania odcisnęły na mej duszy nieodwracalne piętno. Wyrzucić?  Jedzenie?! Toż to grzech! Wylałam na papier do pieczenia takie placuszki i  wstawiłam do piekarnika175°C termoobieg na około 25 minut (do zrumienienia). Potem placuszki ostrożnie przekroiłam, ubiłam  śmietanę,  zrobiłam polewę kakaową i przystroiła tą klęskę jak umiałam;))

Oto przepis na eklerki

45 ml mleka 3,2 %

45 ml wody

20 g masła 

50 g mąki pszennej tortowej

10 g mąki ziemniaczanej

3 jajka ( jeśli chcecie by wyszły wam takie placki, jeśli mają być eklerki weźcie 2)

szczypta soli 

Po tym wszystkim sprawdziłam w internecie, że przy tym przepisie wiele osób pisało,  że ilość jajek jest zawyżona. Mogłam wcześniej sprawdzić opinie, ale jak to pisał setki lat temu Kochanowski  - "Mądr Polak po szkodzie, lecz jeśli i z tego życie nas zbodzie, nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie glupi." Pozostaje mi żywić nadzieję, że  nie wpiszę się w proroctwa Mistrza Kochanowskiego ;)







czwartek, 22 lipca 2021

Serdeńko małe czyli co mnie boli...

Zdarzyło mi się w życiu złapać na pędzie bez umiaru. Przeliczając resztki w portfelu, myślałam aby do pierwszego. Zmęczona pracą w środku tygodnia, spoglądałam na kalendarz - aby do piątku.  Nie mogąc ogarnąć domu,dzieci, ogrodu,  remontu, powtarzałam w myślach aby do lata, do urlopu...

Żyjemy byle do piątku...

                         Byle do świąt...

                                    Byle do wyjazdu...

                                               Byle do lata...

                                                          Byle do urlopu...

                                                                    Byle jak...

Życie przecieka nam między palcami. Poganiamy je sami nie mogąc doczekać się świąt,  wypłaty, urlopu... A życie mija niczym pstryknięcie palcami, dopiero co się zaczęło a już się kończy ...




środa, 21 lipca 2021

Śnieżynka i rozmyślania czyli Zośkowe dywagacje.

 Bywa, że słyszymy pod swoim adresem przykre i  złośliwe przytyki. Kiedy z wyrzutem patrzymy na autora "ciosu", pada sakramentalne - " No co ty na żartach się nie znasz? Żartowałem/am!" 

A co jeśli  ludzie w żartach, wypowiadają się najszczerszej? Hasło "żart " bywa bardzo często słowem- wytrychem,  który ma uniemożliwić reakcję  z naszej strony. Czy żart może mieć złośliwe zabarwienie? Czy żart,  skecz, kabaret usprawiedliwia każdy nietakt?